Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
Niezwykłe przygody Pana Samochodzika. Fenomen serii Zbigniewa Nienackiego

Niezwykłe przygody Pana Samochodzika. Fenomen serii Zbigniewa Nienackiego

Seria książek o przygodach najsłynniejszego polskiego historyka-detektywa cieszy się niesłabnącą popularnością... Stop! Niestety, nie jest to do końca prawda. Po pierwsze, najmłodsze pokolenie generalnie czyta mniej, a po drugie, trzeba obiektywnie stwierdzić, że powieści Zbigniewa Nienackiego o Panu Samochodziku nieco się zestarzały. Postaram się jednak was przekonać, czy i dlaczego warto sięgnąć po te książki nawet dziś.


Pan Samochodzik art
Źródło: https://sklep.bereznicki.pl/

Przygody nie trzeba szukać. Ona zjawia się sama. Przychodzi w najbardziej nieprzewidzianych momentach i w nieoczekiwanej postaci, najczęściej, gdy nie spodziewamy się jej, nie pragniemy jej, gdy nie jest nam ona potrzebna. Najpierw daje nam znak — że oto jest, przyszła po ciebie, chce cię ogarnąć i wciągnąć w swą grę. Musisz od razu wiedzieć, że to właśnie jej znak, musisz go rozpoznać wśród tysiąca innych znaków. Nie wolno ci zlekceważyć jej wezwania ani odłożyć go na później. Nie lubi leniwych. Pominie cię, odejdzie i więcej po ciebie nie wróci...
Tymi słowami zaczyna się jedna z moich największych literackich podróży. Będąc ponad 30-letnim zgredem należę do pokolenia, które czytało jeszcze całkiem sporo i sięgało nie tylko po współczesne powieści, ale również te, o których usłyszało od swoich rodziców... Lub po prostu trafiło na ciekawie zapowiadającą się pozycję w bibliotece. Dzieciaki lubią zagadki i tajemnice, a właśnie to obiecywał skromny blurb na okładce Wyspy złoczyńców, którą na chybił-trafił ściągnąłem z bibliotecznej półki ponad dwie dekady temu. O Panu Samochodziku coś niecoś słyszałem od mamy, ale nie mając pod ręką smartfona z dostępem do internetu, pozostało mi przekonać się samodzielnie, czy ta historia mi się spodoba. 

A że się spodobała, sięgnąłem po kolejne tomy i połykałem je w szybkim tempie. Po niektórych mi się co prawda odbijało, ale tradycyjne narzekanie zostawmy sobie na później. Niedawno cykl zacząłem sobie odświeżać na nowo, a przemyśleniami chciałbym podzielić się z wami.

Pan Samochodzik i jego samochodzik

Pan Samochodzik, czyli Tomasz N. N., to pracownik Ministerstwa Kultury i Sztuki, a konkretnie Departamentu Ochrony Zabytków. Nie byle jaki zresztą, jest bowiem specjalistą ds. specjalnych poruczeń, a w praktyce detektywem, który zajmuje się poszukiwaniem i odzyskiwaniem zaginionych dzieł sztuki. Czasem możecie znaleźć stwierdzenia, że to polski James Bond, ale poza słabością do pięknych kobiet te postaci literackie nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego, chyba że na zasadzie antytezy. Pan Tomasz pracuje bowiem głową, a nie mięśniami, aparycji i postury jest raczej przeciętnej, nie jeździ też szybkimi Aston Martinami. Choć samochód, od którego wziął się jego przydomek istotnie jest szybki, to z wyglądu przypomina raczej pokraczną łódź na kołach. Zbigniew Nienacki uczy nas jednak, że to, co widzimy na pierwszy rzut oka, to z reguły pozory, a prawda kryje się pod maską. Niekiedy dosłownie, bowiem pod maską wehikułu znajduje się silnik Ferrari 410 Superamerica, dzięki któremu jest to być może najszybszy pojazd, jaki w czasie akcji powieści poruszał się po polskich drogach.

Pan Samochodzik i templariusze serial
Źródło: https://trojmiasto.wyborcza.pl/

Obraz czasów minionych

Te czasy to lata 60. i 70., czyli głęboki i siermiężny PRL. Na szczęście książki nie są przesycone charakterystyczną dla tamtej epoki propagandą, raczej możemy natknąć się na detale, które dodają całości nieco kolorytu, jak np. przynależność pana Tomasza do ORMO. Dla mnie była to swego rodzaju podróż w czasie: zupełnie inne realia ujawniające się przede wszystkim w relacjach międzyludzkich, a zwłaszcza damsko-męskich. Kobiety u Nienackiego pełnią z reguły rolę femme fatale i/lub są traktowane przez protagonistę protekcjonalnie. Spory nacisk położony jest na rolę kwitnącego wtedy harcerstwa. Trzech należących do tej formacji młodzieńców, noszących przezwiska Sokole Oko, Wiewiórka i Wilhelm Tell, to stali towarzysze Pana Samochodzika. Wyobrażacie sobie, że dzisiaj obcy facet zabiera trójkę dzieciaków w podróże po kraju i wplątuje ich (no dobra, zazwyczaj wplątywali się sami) w kryminalne zagadki? 

Przygoda sama nas znalazła

Cykl o Panu Samochodziku to książki przygodowe pełną gębą. I to właśnie Przygoda gra tu pierwsze skrzypce. To ona sprawia, że śledzimy przygody pana Tomasza, jego młodych kompanów i (niedoszłych) kochanek z wypiekami na twarzy. Poszukiwanie zaginionych dzieł sztuki, rozliczne zagadki, eksploracja historycznych miejsc, podróże po przeróżnych zakątkach kraju i zagranicy to kwintesencja tej serii. Wraz z bohaterami odnajdziemy skarb Templariuszy, zwiedzimy historyczną Pragę, odkryjemy tajemnicę zagadkowego dworu czy pamiętnika hitlerowskiego zbrodniarza. Każdy z motywów jest oryginalny i zarazem pasuje do konwencji, a same powieści są dość krótkie i pomimo rozlicznych historycznych wstawek bardzo dynamiczne. Niemiluchy mylą tropy i starają się wywieść dobrych bohaterów na manowce, ale po wielu perypetiach górą zawsze okazują się szare komórki niezawodnego Pana Samochodzika. Po zakończeniu każdego tomu czujemy, że przeżyliśmy coś fascynującego i dane nam było brać udział we wspaniałej Przygodzie.

Superbohater i złoczyńca

Każdy Sherlock Holmes ma swojego Moriarty'ego. Oponentem pana Tomasza jest Waldemar Batura, jego dawny kolega ze studiów, który podobnie jak pierwowzór u Conan Doyle'a odznacza się nadzwyczajnym intelektem i manierami, a przy tym jest niezwykle sprytny i nie po drodze mu z prawem. Choć Batura to dość typowy villain, to jego barwna osobowość zawsze kradnie uwagę w tych kilku powieściach, w których się pojawia.

Pan Samochodzik książki
Źródło: https://www.wydawnictwoliteratura.pl/

Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie

Cykl o Panu Samochodziku to kwintesensja hasła bawiąc uczy, ucząc bawi. W każdym tomie mamy do czynienia z jakąś zagadką historyczną, a by móc ją rozwikłać, konieczna staje się edukacja i zrozumienie realiów danych czasów. Nienacki w nienachalny sposób - czy to za pomocą przemyśleń głównego bohatera, czy jego rozmów z innymi postaciami, zwłaszcza dzieciakami - przemyca wiedzę dotyczącą historii, sztuki i wielu innych zagadnień. Z dzisiejszej perspektywy cenna wydaje się zwłaszcza wrażliwość autora na problemy związane z ekologią; mieszkając na Mazurach już wtedy widział, jak niszczący jest wpływ człowieka na środowisko i starał się edukować czytelników w tym zakresie. Cała ta wiedza to zdecydowanie mądrość ponadczasowa.

Cudowny czar nostalgii

Wymieniać można jeszcze wiele wątków i zagadnień, ale powiedzmy sobie szczerze - najważniejsze są emocje. Dzieło kultury, które ich nie wzbudza, nie ma wartości. W przypadku serii o Panu Samochodziku mamy całe tony nostalgii. To z jednej strony czar czasów (słusznie) minionych, gdy życie było prostsze, a do przeżywania przygód wystarczyło zarzucić plecak na ramię i ruszyć przed siebie; z drugiej zaś strony tęsknota za naszą własną, wczesną młodością, jeśli ten cykl należał do utworów formatywnych dla nas. We mnie powieści Nienackiego rozbudziły miłość do Przygody i pielęgnuję ją do dziś, a z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że ich wpływ był naprawdę ogromny. To też mały kamyczek do ogródka, dlaczego tak ważne jest to, czym karmimy się za młodu. Pewnych doświadczeń nie da się nadrobić, dlatego pamiętajcie, że czasem warto odłożyć smartfona i Fortnajta. ;)

Zbigniew Nienacki
Źródło:https://www.wydawnictwoliteratura.pl/ 

Epigoni

Za swojego życia Zbigniew Nienacki napisał 12 tomów przygód Pana Samochodzika, do których dołączono jeszcze 3 inne historie jego pióra. Każda z nich trzyma co najmniej przyzwoity poziom. Niestety, gorzej jest z dziesiątkami kontynuacji, które powstają aż do dziś i tworzone są przez różnych autorów. To tłuczona na kolanie masówka, która (na szczęście!) odeszła już od wykorzystywania w nazwie przydomku kultowego bohatera. Na lubimyczytac.pl znajdziemy informację, że w cyklu znajduje się aż 169 (sic!) powieści. Uwierzcie mi, że lepiej poświęcić czas potrzebny na ich czytanie na coś pożyteczniejszego. Np. obejrzenie filmów o Panu Samochodziku.

Adaptacje filmowe

Tych było kilka, z czego godne uwagi są stareńkie Wyspa złoczyńców oraz Samochodzik i Templariusze. Sporo kontrowersji wśród fanów Pana Samochodzika wzbudziła najnowsza, netfliksowa adaptacja historii o Templariuszach. Film Antoniego Nykowskiego został rozwalcowany w recenzjach, a na forach i grupkach fanowskich stał się pojemnikiem na ślinę i pomyje. Z jednej strony nie dziwię się, bowiem doskonale rozumiem konserwatywne przywiązanie do swego ulubionego dzieła, a twórcy nowej adaptacji podeszli do materiału źródłowego bez jakiegokolwiek szacunku (i może również bez lektury). Z drugiej jednak klasyfikuję ten obraz jako świadomie zły film, a w tej kategorii sprawdza się świetnie. Jeśli więc nie oczekujecie wiernej adaptacji, lecz bezkompromisowej zabawy konwencją i kwintesencji hasła I-don't-give-a-fuck, to będziecie ukontentowani.

Pan Samochodzik i templariusze film
fot. Filmweb

Czy warto czytać Pana Samochodzika w 202... r.?

Zdaję sobie sprawę, że temat cyklu Zbigniewa Nienackiego jest niezwykle obszerny i długo można by rozprawiać o poszczególnych tomach czy analizować przeróżne konteksty. Nie taki jednak jest mój cel. Zamiast tego chciałbym zachęcić was do zmierzenia się z tą serią samemu, bo jest to zjawisko unikatowe i perełka polskiej literatury, nie tylko młodzieżowej. Są to powieści na tyle krótkie i dynamiczne, że nic nie stoi na przeszkodzie, by zapoznać się choćby z jednym tomem i wyrobić sobie własną opinię. Trzeba mieć jednak na uwadze oczywiste wady, z których bodaj największą jest stosunkowo prosta fabuła; ze względu na ograniczoną liczbę postaci dramatu dość szybko domyślamy się, kto zabił (albo, bardziej adekwatnie do klimatu serii: kto ukradł dzieło sztuki). Poza tym dla niektórych drażniące może być niedzisiejsze traktowanie kobiet czy pewna zgrzebność językowa. Seria o perypetiach Pana Samochodzika robi jednak doskonale to, do czego została stworzona - opowiada o przygodach. Zarzucajcie plecak na ramię i wsiadajcie do wehikułu. Bo wezwania przygody nie wolno ci zlekceważyć ani odłożyć go na później. Odejdzie i więcej po ciebie nie wróci...

Najlepsze powieści o Panu Samochodziku

Podtytuł pod SEO już mamy, wyjaśnię zatem, że to wyłącznie mój osobisty ranking.
  1. Pan Samochodzik i niesamowity dwór - zagadka tajemniczego dworu była moim faworytem przed laty i jest nim dziś, po ponownej lekturze. Wygrywa - nomen omen - niesamowitym, jesiennym klimatem i leciutkim powiewem literatury grozy.
  2. Pan Samochodzik i Wyspa złoczyńców - pierwszy tom, od którego zaczęła się moja podróż i tę klasyczną kolejność czytania również polecam. To niezła historia kryminalna, która rozwija się powoli i tajemniczo, intrygując do samego końca. Nigdy nie zapomnę (lekki spoiler alert) ciała zjedzonego przez mrówki, co dla 12-letniego mua było dość makabryczne. 
  3. Pan Samochodzik i templariusze - templariusze w Polsce? Przyznaję, że kaliber tej zagadki do dziś robi na mnie wrażenie, a przy tym nie ma paskudnych zgrzytów historycznych, których można by się obawiać przy takim zagadnieniu.

Recenzja: Saltburn (2023), czyli artystyczna pustka

Recenzja: Saltburn (2023), czyli artystyczna pustka

O Saltburn słyszałem i czytałem przed seansem sporo, bo i jest to głośny medialnie tytuł. Trochę niepokoił mnie rozstrzał ocen, dominowały bowiem albo niskie (na poziomie 3-4/10), albo przyzwoite (7/10). Uznałem to za dobry znak: skoro obraz wzbudza tak skrajne emocje, to znaczy, że na pewno jest jakiś.


Saltburn main

Jeśli widzieliście Spring Breakers albo któryś z filmów Refna, na czele z (nie)sławnym Neon Demon, to pewnie czujecie, o co chodzi: istnieją filmy, które dla masowego odbiorcy są niestrawne ze względu na przeładowaną artyzmem formę czy kontrowersyjne sceny, trafiają natomiast w pewną niszę, której jawią się jako coś wybitnego. 

Z tym śmiałym założeniem przystąpiłem do seansu, przyjmując specyficzną wizję artystyczną z dobrodziejstwem inwentarza i czekając na ujawnianie się kolejnych warstw. Początek był obiecujący: oto Oliver, chłopak w typie klasycznego, introwertycznego przegrywa, nawiązuje na uczelni kontakt ze swoim przeciwieństwem, duszą towarzystwa Feliksem. Na jego zaproszenie trafia do tytułowej posiadłości na wakacje, gdzie doświadcza świata zupełnie innego, niż jego własny; świata ekscentrycznych bogaczy, z całą plejadą charakterystycznych postaci.

Saltburn 2

Mając w pamięci inne filmy otwierające się podobnym schematem, spodziewałem się kilkutorowej narracji i paru współwystępujących wątków, taką też obietnicą Saltburn mami praktycznie aż do napisów końcowych. Mamy więc skomplikowaną, podszytą erotyzmem relację Olivera i Feliksa, której papierkiem lakmusowym jest pewna scena w wannie, o której być może już gdzieś słyszeliście. Jest szukająca swojego miejsca na świecie, nieco wyuzdana siostra Feliksa Venetia, z którą protagonista wplątuje się w specyficzny układ. Jest ekscentryczna figura pani domu, Elspeth, która poniekąd wypełnia ramy stereotypowej, próżnej bogaczki (ale zarazem jest bodaj najciekawszą i najlepiej zagraną postacią). Jest zderzenie biedy z blichtrem, są imprezy, intrygi i kłamstwa.

Saltburn 3

Sęk w tym, że chociaż obraz prześlizguje się po kilku motywach, ostatecznie żadnego z nich nie rozwija. Relacja Olivera i Feliksa ma bardzo mało czasu ekranowego i w zasadzie nie wzbudza żadnych emocji, choć powinna, bo w znacznej mierze na niej zasadza się dramat zaserwowany w finale. Imprezy są grzeczne i nijakie, ekscentryczna pani Catton okazuje się być całkiem trzeźwo myślącą, inteligentną osobą, Venetia pojawia się i znika, nie pełniąc w zasadzie żadnej specjalnej roli w historii. Jakby tego było mało, końcówka serwuje nam zwrot akcji i niesamowicie łopatologiczne wyłożenie kawy na ławę. Pod koniec seansu przecierałem oczy ze zdumienia, a moją główną myślą było „Naprawdę O TYM był ten film?. W każdym innym przypadku uznałbym, że to wszystko element przewrotnej gry twórcy z odbiorcą.

Tyle, że tutaj tej gry nie było. Wydawałoby się, że kluczem do odbioru całości jest rozmowa przewijająca się w prologu, a której sednem było to, czy należy zwracać uwagę na formę, czy na treść, nawet jeśli jest nużąca. W przypadku Saltburn okazuje się, że niekiedy nawet forma to za mało, by przykryć brak treści. To zapakowany w bardzo estetyczny papierek cukierek, która okazuje się być pozbawiony nadzienia i jakiś taki cierpki w smaku. Cholera, nie umawialiśmy się na czekoladę deserową.
Into the Jigsawverse. Jak "Piła X" miesza nam w głowie i dlaczego świetnie się to ogląda

Into the Jigsawverse. Jak "Piła X" miesza nam w głowie i dlaczego świetnie się to ogląda

Do kin wchodzi kolejny odcinek Mody na Sukces w klimatach gore. Piła X, która przez 3 dni od premiery zarobiła niemal 30 mln dolarów, stała się najlepiej przyjętym filmem z serii od ponad 10 lat. I jak zwykle, mocno dzieli publiczność. Których krytyków słuchać? Czy Dziesiątka to już aoglądalne kino, czy jeszcze Jigsaw na swoim miejscu


[DUŻO SPOILERÓW] [ALE MUSZĄ BYĆ]

Piła X

Na początku zaznaczę: jestem miłośniczką serii Piła, a dni do premiery najnowszej części odliczałam w ciężkim strachu przed spoilerami (których swoją drogą pojawiło się kilka. Ktokolwiek nabrał mnie na istnienie bliźniaka Jigsawa – dobra robota!).

Lata dojenia franczyzy, okrutnych dla widza (na wiele sposobów) spin-offów, eksperymentowania z formatem i punktami widzenia śledczych/ofiar. Wprowadzanie mniej lub bardziej nieudolnych pogrobowców Johna Kramera, epileptyczny montaż z tysiącem cięć, szokowanie tanim kosztem – delikatnie mówiąc, nic nie napawało optymizmem, że w najnowszej części coś się zmieni na lepsze.

Tym razem podjęto jednak kilka niezłych decyzji. Za nową odsłonę ikonicznego już spektaklu krwi, rodem z najczarniejszych zakamarków umysłu Garretta czy Kinga, odpowiadał Kevin Greutert, w przeszłości m.in. reżyser Piły VI i Piły 3D, producent Spirali i montażysta pięciu innych części. Również scenarzyści (Josh Stolberg, Pete Goldfinger) poszli o krok dalej w dekonstrukcji znanej nam od niemal 20 lat serii, sprytnie bawiąc się narracją. Co się wydarzyło?

POV: jesteś Jigsawem

Nieoczywistym i kapitalnym ruchem jest w dziesiątej Pile oddanie głosu samemu Johnowi Kramerowi (Tobin Bell). Akcja dzieje się pomiędzy pierwszą, a drugą częścią, przymykamy więc oko, że nasz bohater został cudownie odmłodzony. Ach, ta magia ekranu! Film robi wiele, by nadać Johnowi ludzką twarz, z równie ludzkim kolorytem i autentycznym bólem. 

Piła X

Genialny architekt, konstruktor i właściciel nieruchomości, którego znamy lepiej jako seryjnego testera silnej woli, przeżywa teraz ostatnie stadia nowotworu mózgu. Niespieszne pierwsze akty kreślą obraz złamanego chorobą pięćdziesięciolatka, którego życie nieuchronnie dobiega końca. 

Greutert sprawnie operuje naszą empatią, uderza we właściwe struny, powoli utożsamiając nas z walką Kramera. Wzruszający Tobin Bell wykorzystuje z kolei swój czas antenowy do maksimum. Szpital, leki, grupy wsparcia, szpital, leki... Sprowadzony do diagnozy medycznej geniusz siedzi w kółeczku z innymi pacjentami na plastikowym, oddziałowym krzesełku. Film daje nam wybór, ile chcemy czuć. Wiedząc, kim jest p a c j e n t.

Niejakim zaskoczeniem okazuje się pierwsza pułapka, wpadająca w scenariusz like a wrecking ball. Z udręczoną, choć bajecznie bogatą wyobraźnią Jigsawa oglądamy karę dla dozorcy okradającego pacjenta, śpiącego pod kroplówką (fun fact: krzyki były tak realistyczne, że do montażysty przyjechała policja☺). Start z wysokiego C i fantazyjny odkurzacz wysysający gałki oczne przypominają widzowi, że niegroźny siwy staruszek to ta sama osoba, która po godzinach szkicuje niedźwiedzie pułapki zakładane na głowę. 

Ale jest już za późno, żeby się z nim nie utożsamiać.

Nowa nadzieja

Po jednym ze spotkań terapii grupowej następuje przełom. Oto dobrotliwy kolega Johna zagaja przy przypadkowej (?) kawie, że znalazł u córki znanego norweskiego naukowca slash lekarza cudowną terapię, złożoną z operacji i koktajlu leków

Piła X

Doktor Cecilia Pederson (czarująca Synnøve Macody Lund) za okrągłą sumkę zapewnia, że życie Johna dopiero się zaczyna. Ostrzega, że musi się ukrywać, bo naprawdę leczy ludzi, zamiast wciskać im drogą, wyczerpującą terapię – a te niedobre koncerny farmaceutyczne, big pharmy, chemtrailsy… No, wiecie. Kramer, przyparty do muru przez raka, bez wahania wyrusza do jej ukrytej kliniki.

Słoneczny Meksyk wita nas, oczywiście, tendencyjnym, rzułtym do bólu filtrem na ekranie, pokazującym, jak bardzo outside of the US jesteśmy. Widz może więc liczyć na montaż składający się ze spalonych słońcem landszaftów, gwarne miejskie uliczki tudzież dzieci wyglądające z lokalnej faweli. Nienachalna muzyka stanowi dobre tło przez resztę filmu. Kevin Greutert puszcza oczko do widza, kiedy John kilka sekund za długo wpatruje się w miejscową atrakcję turystyczną, sercożerczego azteckiego bożka. Poznajemy dalej pomoc pokojową, Gabrielę, a także małego chłopca, który gra w piłkę z pracownikami polowego szpitala. 

Z dalszych części fani serii wiedzą dobrze, że Jigsaw nie został wyleczony, dlatego nie czekamy na cud. I rzeczywiście, jak można się spodziewać, Kramer pada ofiarą ogromnego scamu medycznego, który zapewnia zgniłej do trzewi Pedersen życie krezusa. Szybko okazuje się, że jej pracownicy to zwykłe osoby wzięte z ulicy, a "lekarze" pracują w taksówkach.

Siła zawiedzionego człowieka

Spragnieni krwi, potu i łez wyznawcy Jigsawa dostają to, na co liczyli, choć w dość uproszczonej wersji. Kameralne pomieszczenie magazynu zamienia się w scenę tortur zamieszanych w oszustwo pracowników Cecilii, wracają mniej przekombinowane, bardziej realistyczne pułapki i kramerowskie moralizatorstwo. Mamy laleczkę z poprzednich Pił, Billy’ego, uwielbiane upiorne kasety (choć nie w każdym przypadku), legendarne make your choice. Osobiście nie podobała mi się czasem bezpośrednia obecność Johna przy "ofiarach" czy interakcje z nimi przez mikrofon.

Piła X

Scenarzyści po raz kolejny uśmiechają się do widzów za sprawą Amandy Young (w tej roli uwielbiana Shawnee Smith), u której charakteryzacja -20 lat i długość włosów mają przypominać, że to dopiero początki kariery Jigsawa. Rozwija się też ich iście sztokholmska relacja: Greutert rzuca światło na zaburzoną osobowość dziewczyny, wiernopoddańcze podejście i czarno-białe myślenie. Jedynym przejawem woli okazuje się niewinna podmiana kolejności test subjects przy Gabrieli, która błagając o życie, mówi o swoim uzależnieniu. 

Minusem Dziesiątki jest z pewnością wiele skrótów fabularnych, które pojawiają się siłą rzeczy – będąc na premierze z osobą, która nie zna lore, musimy jej wiele tłumaczyć. Skąd Jigsaw ma pieniądze na leczenie? Kim jest dla Kramera Amanda i jak ją zwerbował do tak trudnej pracy? Czemu ona próbuje uratować leko/narkomankę Gabrielę? Co to za postać, która pojawia się w scenie po napisach (opłacało się zostać w kinie, 100%)? Wreszcie, czy John sam stworzył tak zaawansowane pod kątem anatomiczno-medycznym (np. bomby podłączone do rąk) pułapki? 

Piła X

Znajomość postaci detektywa Marka Hoffmanna (Costas Mandylor) i działającego niejako zza ekranu dra Lawrence’a Gordona (Cary Elwes) z poprzednich części z pewnością łączy brakujące ogniwa. Trudno jednak zakładać, że każdy nowy widz zdecyduje się nadrobić w odpowiedniej kolejności cały ten kinematograficzny półświatek.

Największa siła filmu

Klasycznie już dla Piły, w takt dobrze znanego soundtracku pod sam koniec otrzymujemy niezły plot twist. Film umiejętnie wykręca naszą świadomość tak, żebyśmy kibicowali szalonej rodzince złożonej z Johna, Amandy i wciągniętego w grę przypadkiem chłopca. Mroczna, bezkompromisowa Cecilia napisana jest niestety dość jednowymiarowo, postać ma trzy cechy na krzyż. Przesadzony sadyzm, brak skrupułów i CHCIWOŚĆ wypisana na czole... Potencjał mimo wszystko był większy, podobnie jak u jej skorumpowanego partnera. Obraz zostawia nas niejako z otwartym zakończeniem (cwany ruch, żeby dorobić kontynuację, Monolith, Twisted Pictures i wy wszyscy). Cecilia żyje, żyje jako tako John i Amanda. 

Piła X

I chociaż Piła X nie jest wybitnym dziełem, na podsumowanie chciałam jeszcze wrócić do ciekawego dylematu, z jakim mimo wszystko pozostawia się widza.

Jaki naprawdę jest John Kramer? Czy to naprawdę antagonista? Czy powinniśmy mieć wyrzuty za sympatyzowanie z nim?

Jedną z ciekawszych, a szeroko znanych fanom teorii jest wpływ guza mózgu na profil psychologiczny postaci i jej działania. Naciskający na tkankę rak mobilizuje Johna do walki z nowotworami zżerającymi społeczeństwo. Na coraz drastyczniejsze sposoby. Trauma spowodowana utratą dziecka i/lub długotrwałym (nieudanym) leczeniem w połączeniu z zabiegami na mózgu miałyby z kolei wpłynąć na ukształtowanie u niego osobowości o cechach psychopatycznych. Mi osobiście trudno jednak oskarżać Kramera o książkową, "niewielką samokontrolę zachowania, brak realizmu i planowania dalekosiężnych celów, impulsywność, nieodpowiedzialność oraz lekkomyślność", łączone z tym zaburzeniem.

W takim razie, jak było naprawdę? Tego do końca nie wiemy. Każdy testowany dostaje u Johna wybór (nieraz iluzoryczny, ale jednak), by odkupić swoje życie - i nie znajduje się w pułapce za niewinność. Choć w przesadzony sposób, Jigsaw udowadnia też, że każda osoba ma realny wpływ na swoją przyszłość. 

Pan Układanka wiele mówi o naszym człowieczeństwie nam samym. Można pokusić się nawet o stwierdzenie, że uczy afirmacji życia, jak chciałoby się powiedzieć za Horacym, Kochanowskim, Demlandem. Na przestrzeni serii karze rękami "testowanych" cechy ludzkie i przywary, które możemy zobaczyć w każdym z nas. Alkoholizm, brawurowa jazda samochodem, samookaleczanie, kłamstwo, chciwość. Kramer jest ostatecznie dobrą metaforą: aby wygrać z własnymi wadami i słabościami, należy być gotowym na każde poświęcenie. 

Autorka: Magdalena Horowska

Recenzja: Broad Peak (2022). Śmierć w górach i niedosyt

Recenzja: Broad Peak (2022). Śmierć w górach i niedosyt

Broad Peak to film, który zapracował sobie na zainteresowanie na długo, zanim jeszcze powstał. Miał być hołdem Polaków dla gór, podniosłą historią o wielkim marzeniu i walce, którą w imieniu narodu toczył z siłami natury legendarny himalaista Maciej Berbeka. Nadzieje budził bogaty materiał źródłowy, lata przygotowań i poświęcenie całej ekipy filmowej, kierowanej przez Leszka Dawida. Czy obraz z 2022 roku wykorzystał ten ogromny potencjał?

 

Broad Peak main

Na wstępie warto podkreślić, że film powstawał przeszło 4 lata, a sceny do niego kręcono m.in. w Warszawie czy Zakopanem, ale również w górach Karakorum w Pakistanie (co warto dodać – nawet na wysokości 5600 m, zatem w dość ekstremalnych warunkach). Leszek Dawid z całą pewnością porwał się na niesłychanie trudne zadanie, mierząc się z gwiazdą panteonu polskiego himalaizmu, licząc dodatkowo z żyjącymi kolegami Berbeki. Może właśnie ta wielość historii i wersji, o której wspominał zresztą sam reżyser, okazała się ostatecznie gwoździem do trumny dla scenariusza.

Co się stało? Przy całej kontrowersyjności i emocjach źródłowej historii, Dawid poszedł w stronę bezpiecznej opcji – nie chcąc urazić nikogo, skazał Broad Peak na los rozwodnionego, przydługiego i dość statycznego obrazu, pozbawionego zresztą jakiegokolwiek charakterystycznego punktu kulminacyjnego.

Tytułowy Broad Peak to położona w Karakorum, dwunasta pod względem wysokości góra na świecie, marzenie himalaistów i cel najśmielszych z wypraw. Naszych bohaterów: Macieja Berbekę (w tej roli Ireneusz Czop), Krzysztofa Wielickiego (Łukasz Simlat) oraz Aleksandra Lwowa (Piotr Głowacki) spotykamy po raz pierwszy w chwili ważnej narady tuż przed wyruszeniem w góry. Od początku w oczy rzuca się jedna z klasycznych słabości lwiej części polskich filmów ostatnich lat, czyli… dialogi słyszalne tak, że trzeba włączać napisy (serio). Reżyser już od początku dba, żeby spośród protagonistów, przypadkiem nie polubić Berbeki: kreśli obraz brawurowego, pchanego ambicjami, niewiele liczącego się z resztą zespołu solisty, który by zdobyć szczyt (jak się później okaże, tylko przedwierzchołek, nie sam ośmiotysięcznik) jest w stanie oddzielić się od kolegi, zlekceważyć pogodę i ryzykować życiem. Nawiasem mówiąc, z historii wiemy, że równie niebezpieczne bywają wyprawy ratunkowe, zatem wnioski pozostawiam Wam.

Broad Peak 1

Trzeba oddać filmowi, że pracująca niemal na dachu świata ekipa próbowała jak najwierniej oddać panujący na miejscu klimat. Dostajemy więc najazdy kamery z oddali na tle monumentalnych gór, potęgę żywiołu w ogłuszającej burzy śnieżnej, wręcz czujemy znój każdego kroku, który stawia himalaista. Leszek Dawid nie ustrzegł się jednak pewnych skrótów myślowych i skoków fabularnych, przez co niezaznajomiony z oryginalną historią widz nie będzie wiedział na przykład, czemu Berbeka podczas zejścia zakopał się w jamie śnieżnej, obudził, ale nie wychodził z niej później mimo pogody i upływających godzin, niezależnie od nawoływania przez radio. Choroba wysokościowa? Wycieńczenie? Zimno? – pozostają domysły.

Film biegnie dalej. Lub raczej, mozolnie prze naprzód. Po zdobyciu góry nadchodzi okres rekonwalescencji i powrotu do kraju, czyli chyba najbardziej nużąca i rozwleczona część Broad Peak. Dostajemy składankę, gdzie Berbeka biega, chodzi na prelekcje, piecze z dzieckiem ciasto, leży z żoną (tutaj nijaka Maja Ostaszewska – chyba nie trzeba wyjaśniać, czemu mąż wolał wyjeżdżać w góry niż siedzieć w Zakopanem😅). Moim faworytem wśród scen jest jednak crème de la crème lokowań produktów, jakie ostatnio widziałam w kinach, czyli: pan Maciej stoi na stacji Orlen, pan Maciej z kawą z Orlenu przy instrybutorze, pan Maciej siedzi w wielkim SUV-ie i tęsknie spogląda na stacj… No, wiadomo.

Broad Peak 2

Mniej więcej w połowie filmu, kiedy można już się mocno zastanawiać, dokąd w sumie Broad Peak zmierza ze scenariuszem, następuje niejakie załamanie. Oto Berbeka z gazety dowiaduje się, że nie zdobył góry, a koledzy nie powiedzieli mu o tym przez radio, żeby nie szedł dalej (a w domyśle: nie zginął). I można się cieszyć! Bo scena, w której nasz protagonista wsiada w jakiś rozklekotany wehikuł i jedzie nagadać kierownikowi wyprawy, jest chyba jedyną, w której widać jakieś autentyczne emocje. Ale dobrze, nagadał się, mijają lata. W międzyczasie naszego wspinacza odwiedza dawny kolega, Krzysztof Wielicki, który składa mu propozycję nie do odrzucenia – uczestnictwo w wyprawie narodowej (zgadliście, znów na świętą górę Polaków). Bohater początkowo odmawia, ale w tym miejscu dalszy scenariusz jest dość oczywisty: Berbeka nie waha się długo, odbywa kilka rozmemłanych rozmów z Ostasze… żoną Ewą i decyduje, że weźmie udział w przedsięwzięciu. Po 25 latach wraca dokończyć swoją przeprawę z ośmiotysięcznikiem. Kurtyna? Nie.

W trakcie oglądania filmu, ten przerywnik fabularny z życiem codziennym na gruncie krajowym zastanawiał mnie dość mocno. Oglądasz, jesz chrupsy, zostaje kilkanaście minut do końca, czy oni naprawdę chcą w takim czasie upchnąć przynajmniej 4 nowe postacie i 1 (słownie: jedną) wyprawę w Karakorum? N o  c ó ż. Chyba właśnie dlatego ta końcówka jest najbardziej przygnębiająca, pozostaje ogromny niedosyt. Szybkie przebitki ze wspinaczki, zminimalizowane momenty interakcji między bohaterami (chociaż prawdą jest, że w reszcie filmu też nie uświadczymy wielu dialogów, a rzeczy po prostu same się dzieją). Trochę zagrożeń, trochę niepewności, bo wyścig z czasem i późno wyszli z obozu na atak szczytowy, ale tak nie za dużo tego. Obraz wieńczy co prawda niezła klamra fabularna, rozmowa przez radio, podczas której 58-letni wówczas Berbeka już z całą pewnością zgłasza zdobycie wierzchołka, jednak zaraz po tym film się urywa. Ot tak.

Plansze z napisami dopowiadają resztę tej tragicznej historii: nie tylko Maciej Berbeka, ale też Tomasz Kowalski (którego poznajemy niezwykle powierzchownie) giną podczas zejścia, słyszymy też zapisy rozmów radiowych między wspinaczami a bazą.

Broad Peak 3

Podsumowanie nasuwa się samo. Niewykorzystane możliwości zdjęciowe, zasadniczo ubogie dialogi, warstwa charakterologiczna postaci ograniczona do minimum, interakcje, które sugerują wycięte sceny. Chyba największą słabością Broad Peak okazuje się kwestia odwrotna niż przedstawiona w historii, która wydarzyła się naprawdę. Czyli niechęć do ryzyka. Próba postawienia pomnika trwalszego niż ze spiżu jest ostatecznie ciężką laurką, która odhacza wszystkie niezbędne w takich dziełach punkty:

       Nie wzbudza niepożądanych kontrowersji;

       Nie pozostawia pola do dyskusji;

       Nie prowokuje do myślenia;

       Oraz, jak to się ładnie mówi, zostawia legendy w spokoju.

Leszek Dawid próbował. Zdecydowanie. Ogromny szacunek za szalenie ambitną wyprawę w Karakorum, która być może zjadła środki na pozostałe elementy filmu. Miejmy nadzieję, że wnioski z tej pracy wytyczą drogę dla kolejnych pokoleń twórców i warto będzie czekać na kolejne obrazy z górami w tle polskich reżyserów. Głodnym wrażeń polecam za to Ostatnią Górę (2019) Dariusza Załuskiego. Tym razem w roli głównej K2.

Autorka: Magdalena Horowska

Recenzja: Tajemnica Marrowbone (2017)

Recenzja: Tajemnica Marrowbone (2017)

Lubię horrory oszczędne, kameralne, gdzie groza czai się w tym, co niewidoczne i nienamacalne; filmy, które mają gęstą, przytłaczającą atmosferę i straszą samym klimatem, a nie prostackimi scare jumpami. Jeśli nasze gusta są zbieżne, to gwarantuję wam, że przy Tajemnicy Marrowbone będziecie odczuwać pełną satysfakcję.


marrowbone 1

Na Marrowbone trafiłem tak, jak lubię najbardziej, czyli zupełnym przypadkiem. Gdzieś w odmętach facebookowego feeda, w losowym komentarzu człowieka, który doradzał interesujący film dla zabicia wieczornej nudy. Coś nieokreślonego sprawiło, że tytuł ten przykuł moją uwagę i od razu zajrzałem na Filmweba, by sprawdzić, co zacz. Niezależny horror od Sergio G. Sáncheza, reżysera Sierocińca, rozgrywający się w starej posiadłości, z całkiem niezłymi ocenami i masą ostrzeżeń przed spoilerami w komentarzach? Coś musiało być na rzeczy, zatem niewiele się namyślając, przystąpiłem do seansu.

O fabule Marrowbone niełatwo powiedzieć coś więcej, by nie narazić odbiorców na ciężkie spoilery, ograniczę się zatem do niezbędnego minimum. Rzecz dzieje się pod koniec lat 60. w dawnej posiadłości tytułowego rodu. Poznajemy rodzinę - matkę i czwórkę rodzeństwa - która ucieka z Anglii przed przemocowym ojcem. Ich przystanią ma być opuszczony i podupadły dom rodzinny pani Marrowbone; planują ukryć się tam przed oprawcą, rozpocząć nowe życie (bardzo dosłownie odcinając przeszłość grubą kreską - niejedyna taka świetna, symboliczna scena) i zaznać w końcu spokoju. Sielskie wprowadzenie i ukazanie więzi między rodzeństwem to jedynie miłe złego początki, matka podupada bowiem na zdrowiu, a konieczność opieki nad młodszymi braćmi i siostrą przypada najstarszemu, 20-letniemu Jackowi (rola życia George'a MacKaya). Latoroślom nie wolno opuszczać domu, ale do leżącego nieopodal miasteczka co jakiś czas udaje się Jack, by załatwiać niezbędne sprawunki... A także wplątać się w romans z uroczą bibliotekarką Allie (w tej roli świetna Anya Taylor-Joy) oraz wzbudzić podejrzenia Portera, prawnika zajmującego się kwestią praw własności do posiadłości Marrowbone (i zarazem amatora urody Allie). Bardzo ładne love story to jednak tylko jeden z wielu elementów tej złożonej historii.

marrowbone 2

Jak przystało na kanon gatunku, w posiadłości zaczynają dziać się niepokojące rzeczy. Najmłodszy z rodzeństwa, zaledwie 5-letni Sam jest przekonany, że dom nawiedza duch. Coś z pewnością musi być nie w porządku, bowiem Jack bardzo mocno dba o to, by wszystkie lustra w budynku były szczelnie zasłonięte...

Tajemnica Marrowbone to miks wszystkiego, co najlepsze w twórczości Ariego Astera czy Roberta Eggersa. Przez cały seans nie potrafiłem pozbyć się wrażenia, że oglądam przeniesioną w czasie, bardziej żwawą i realistyczną wersję The Vvitch. Jednak chociaż pojawiają się tutaj drobne elementy baśniowe, to przede wszystkim jest to pełnoprawny dramat psychologiczny, w którym najważniejsi są ludzie, ich emocje i zachowania. Reżysera interesuje przede wszystkim wgląd w straumatyzowany ciężkimi doświadczeniami umysł. Choć mamy tutaj starą, nawiedzaną przez ducha posiadłość, to jest to tylko fasada, pod którą kryje się wiwisekcja pełnego spektrum uczuć - od bólu i cierpienia po głęboką miłość pomimo wszystko.

marrowbone 3

Nie jest to film nadmiernie skomplikowany czy trudny w interpretacji, choć z pewnością niebanalny i satysfakcjonujący fabularnie. Jego siła leży w mistrzowsko poukładanej intrydze, której kolejnej warstwy odkrywamy z biegiem czasu, zaś kluczowy zwrot akcji jest przepotężny i powinien zaskoczyć większość z was, nawet tych bardzo uważnych. Jednocześnie wszystko jest tu zrobione tak dobrze, że byłem w stanie przymknąć oko na kilka sporych dziur logicznych. Po seansie na pewno zrozumiecie, o czym mówię i zapewne potwierdzicie, że dla dobra widowiska i zgrabnej fabuły pewne głupotki trzeba po prostu zaakceptować. 

Tajemnica Marrowbone to film niezwykle klimatyczny, przemyślany fabularnie i w intrygujący sposób opowiadający o silnych emocjach drzemiących w zakamarkach umysłu. Jasne, widzieliśmy już niejeden obraz wykorzystujący podobny plot-twist, ale dzieło Sáncheza nie jest filmem jednej sztuczki; to kino kompletne, które dojeżdża zarówno koncepcyjnie, jak i realizacyjnie. Polecam zarówno fanom klimatycznych horrorów, jak i dramatów psychologicznych. A także - a może przede wszystkim - miłośnikom niebanalnej, autorskiej sztuki.

Recenzja: Titane (2021)

Recenzja: Titane (2021)

Zmierzyłem się wczoraj z hitem zeszłorocznego festiwalu w Cannes - kontrowersyjnym Titane. Jestem fanem artystycznych, łamiących schematy obrazów, a filmy Gaspara Noego lubię oglądać zamiast dobranocki. Tym samym niestraszne były mi komentarze, że film jest “obrzydliwy”, “brutalny”, “niesmaczny” - ba, traktowałem je jako doskonałą zachętę.


Czerwona lampka w głowie powinna była się zapalić w momencie, w którym zdałem sobie sprawę, że wszędzie mowa jest o niecodziennej formie filmu, a niewiele wspomina się o jego treści czy poruszanej tematyce.

Kiedy na samym początku mała Alexia swoim zachowaniem prowokuje wypadek samochodowy, a w jej głowie ląduje tytanowa płytka, możemy być pewni, że za moment wydarzy się coś nieoczekiwanego. I faktycznie - kolejne minuty filmu przyniosą nam sceny seksu z samochodem, brutalnych morderstw i bolesnej szarpaniny emocjonalnej głównej bohaterki. Ostatecznie Alexia, szukając nie tylko ucieczki przed stróżami prawa, ale też po prostu miłości i akceptacji, podszywa się pod zaginionego chłopca i trafia pod opiekę Vincenta, mężczyzny tak samo jak ona samotnego i złamanego emocjonalnie. Ich chora, chwilami absurdalna relacja stanowi główną oś filmu.

Wszystkie te emocje - zarówno podskórne, jak i eksponowane oraz afirmowane - to zdecydowanie największa zaleta Titane. Agathe Rousselle ze swoją nietypową, androgyniczną urodą naprzemiennie zachwyca i obrzydza swoją grą bez słów. Jej ekspresyjna mimika czy choreografia wystarczają zresztą w zupełności. Vincent Lindon grający - nomen omen - Vincenta to jedyna w swoim rodzaju mieszanka powierzchownej szorstkości i miękkiego wnętrza. Ich charaktery ścierają się, a cała sytuacja jest groteskowa. Czy głęboko zakorzeniona potrzeba bliskości wystarczy, by połączyć dwie tak złamane dusze? Przekonajcie się sami.

Dotychczas pewnie brzmi to jak opis bardzo dobrej sztuki, prawda? Niestety, oprócz wcale niezbyt głęboko ukrytych sensów i morałów dzieło to ma też sporo minusów. Największym problemem Titane jest jego efekciarstwo. Jest tu obecna jakaś sztuczność, nachalne epatowanie groteską, ujęcia perfekcyjnie przygotowane pod screeny do artykułów. Mam wrażenie, że to obraz skrojony specjalnie pod gusta krytyków (co zresztą się potwierdza, bo opinie większości specjalistów z branży filmowej są bardzo przychylne, a chwilami wręcz entuzjastyczne), a nie szarych zjadaczy filmów. Strasznie brakowało mi w nim autentyczności, a bizarna forma nastawiona na szokowanie i obrzydzanie przez większość seansu dość skutecznie maskowała żywe, pulsujące emocje - których przecież było tutaj sporo. Tak jak scena gwałtu w Nieodwracalnych Noego przeszyła mnie do szpiku kości swoim naturalizmem, tak tutaj wszystkie sceny molestowania czy przekraczania cielesnych granic wzbudzały we mnie silny dyskomfort, który nie miał nic wspólnego z jakąkolwiek formą satysfakcji z seansu.

To naprawdę niezła, mocno groteskowa, ale poruszająca historia o samotności, poszukiwaniu siebie i akceptacji. Nie jest to z pewnością zły film, a do mnie nie trafił dlatego, że nie “siadła” mi jego forma i zastosowane środki wyrazu. Jeśli jednak lubicie filmy nietuzinkowe, a na hasło “body horror” nie dostajecie drgawek - będziecie ukontentowani.


Najlepszy Batman ostatnich lat? Premiera Batman: Dying Is Easy

Najlepszy Batman ostatnich lat? Premiera Batman: Dying Is Easy

Jeśli brakuje wam dobrych, nowych filmów z człowiekiem-nietoperzem, to Batman: Dying Is Easy powinien zaspokoić wasze potrzeby. 


batman dying is easy main

Nowy Batsy to dzieło niezależne, finansowane społecznościowo w serwisie indiegogo. Jego twórcy, studio Bat in the Sun, popełnili już wcześniej kilka projektów opartych o starcia antagonistów z różnych dzieł popkultury i ich doświadczenie jest doskonale widoczne. 

Batman: Dying Is Easy to w zasadzie film psychologiczny, chociaż znalazła się tam też niewielka dawka akcji. Historia tej niewielkiej, 25-minutowej produkcji skupia się wokół spotkania i rozmowy Człowieka-Nietoperza z jego głównym nemesis - Jokerem. Obserwujemy starcie nie tyle fizyczne, co raczej potyczkę na słowa i spryt. Zarówno dwójka głównych bohaterów, jak i kilka postaci przewijających się w tle zostało odmalowanych z poszanowaniem klimatu i wszystkich pozostałych elementów, za które kochamy uniwersum Batmana: Bruce Wayne w stroju nietoperza przeżywa szereg rozterek wewnętrznych, szalony klaun knuje kolejny mroczny plan, a Gotham jest wzorcowo skąpane w mroku i pełne niebezpieczeństw. Nie zabraknie również nieprawdopodobnego outsmartingu, godnego prozy Aasimova.

Dying Is Easy to chyba najbardziej batmanowy Batman ze wszystkich adaptacji. Film mocno przypomina sztukę teatralną - jego siłą są długie wymiany zdań między bohaterami, a także dopracowana scenografia. Jeśli lubicie nietoperzowe uniwersum, to z pewnością się nie zawiedziecie. 

Film można obejrzeć tutaj:

Recenzja: Sound of Metal (2019)

Recenzja: Sound of Metal (2019)

Smutna historia o niepełnosprawności i godzeniu się z losem to idealny materiał na hollywoodzki wyciskacz łez. W tym przypadku mamy jednak do czynienia z obrazem intymnym i bliskim sztuce niezależnej. 


sound of metal main

Ruben i Lou to para, która ze swoimi emocjami radzi sobie, tworząc muzykę: intensywną, hałaśliwą, wdzierającą się pod czaszkę. Otwierająca film scena ma za zadanie świdrować nasze uszy tak, jak świdruje uszy perkusisty Rubena. Obraz jest dość oszczędny fabularnie i od razu przechodzi do rzeczy, nie odciągając naszej uwagi wątkami pobocznymi. Otóż muzyk zaczyna mieć problemy ze słuchem, co zostało fantastycznie oddane przez specyficzne zabiegi dźwiękowców - sporo scen oglądamy z perspektywy głównego bohatera i słyszymy tak jak on, co niesamowicie wpływa na immersję.

Utrata słuchu postępuje, Ruben zaczyna więc szukać pomocy. Kiedy prognozy okazują się pesymistyczne, nadchodzi moment, w którym bohater podejmuje ciężką walkę z losem i samym sobą. Do wyboru ma pogodzenie się z rzeczywistością i jej akceptację albo wypróbowanie rozwiązania, które będzie dla niego niezwykle kosztowne (i nie chodzi tu tylko o pieniądze), ale daje nadzieję na powrót do normalności.

sound of metal 2

Właśnie - nadzieję. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale motyw przewartościowania wartości jest w tym filmie kluczowy. Jak dowiadujemy się w trakcie, Ruben jest narkomanem, któremu udało się zwalczyć nałóg dzięki miłości i muzyce. Obsesja na punkcie odzyskania słuchu stanowi tutaj analogię głodu narkotycznego; jego zaspokojenie okazuje się sztuczne, nie przynosi oczekiwanej satysfakcji i spełnienia.

Choć Sound of Metal pozornie jest opowieścią o niepełnosprawności i radzeniu sobie z nią, to pod tym powierzchownym płaszczykiem kryje się całe może znaczeń i emocji. Dla mnie ten obraz to przede wszystkim niezwykle intensywne doświadczenie. Współodczuwałem z Rubenem targające nim emocje i smakowałem się pięknymi scenami, które za pomocą prostych środków uderzały prosto w serce i duszę (scena pożegnania z Lou przed ośrodkiem terapeutycznym czy finałowa rozmowa bohaterów i sygnały, które dziewczyna przekazywała za pomocą barwy głosu czy niedopowiedzeń).

sound of metal 3

Jedną z najmocniejszych stron Sound of Metal jest gra aktorska. Grający Rubena Riz Ahmed jest absolutnie WYBITNY. Aktor wciela się w swojego bohatera całym sobą i bezbłędnie przekazuje intensywne całą paletę intensywnych emocji, poczucia zagubienia, frustracji, ale też głębokiej miłości. Choć to on pożera większość czasu antenowego, to nie mniejsze brawa należą się Olivii Cooke (znanej m.in. z roli Rachel w sympatycznym Earl i ja, i umierająca dziewczyna), Paulowi Raci (genialne sceny w ośrodku) czy sympatycznej Lauren Ridloff, która przewijała się ciągle w tle jako swego rodzaju dobry duszek.

Tę historię dało się spaprać na wiele sposobów i jestem pełen podziwu dla twórców, ile treści i znaczeń wycisnęli z tak prostej i jednowątkowej fabuły. Ogromna w tym zasługa całego projektu artystycznego: film jest oszczędny wizualnie, bardzo surowy, chwilami naturalistyczny. Niezwykle istotna jest też warstwa dźwiękowa, zarówno jeśli chodzi o wspomniane wcześniej zabiegi związane z utratą słuchu, jak i doskonałą oprawę muzyczną. Sound of Metal to perełka, którą polecam wszystkim, którzy lubią doświadczać sztuki intensywnie i bezpośrednio.

Ocena: 9/10


Recenzja: Knives Out (2019)

Recenzja: Knives Out (2019)

Jestem fanem wizji Gwiezdnych Wojen Riana Johnsona. W przeciwieństwie do mdłej części VII, Ostatni Jedi kipiał autoironią i traktował starwarsowe uniwersum z niesamowitym dystansem.


Knive Out main

Ta pełna świetnej zabawy jazda bez trzymanki była ostatnią rzeczą, która mogła uratować skostniałą sagę po żenującej i chyba niestety niezamierzonej autoparodii, jaką było Przebudzenie mocy. Niestety, decydentom z Disneya brawura Johnsona się nie spodobała, a za kamerą IX epizodu stanął znów J.J. Abrams. Wyszło tak słabo, jak można się było spodziewać, ale Johnson zyskał przynajmniej czas, by zająć się autorskim projektem.

A ów projekt to film, który tak samo jak Ostatni Jedi fantastycznie bawi się oczekiwaniami widzów. Przed seansem wiedziałem tylko, że Na noże to taki nie do końca poważny kryminał i spodziewałem się groteskowego klimatu rodem z filmów Wesa Andersona. Jak się okazało, pomimo ogromnych walorów rozrywkowych humor był dość stonowany, a sam wątek kryminalny rasowy. Zdecydowanie jednak nie można tego obrazu traktować jednowymiarowo.

Knives Out screen

Główną osią filmu jest domniemane zabójstwo Harlana Trombleya, autora poczytnych kryminałów, który zostaje znaleziony martwy w swojej sypialni dzień po świętowanych z całą rodziną 85-tych urodzinach. Śledztwo prowadzą funkcjonariusze policji oraz Benoit Blanc – archetypiczny inteligentny i dociekliwy prywatny detektyw w stylu Poirota czy panny Marple z powieści Agathy Christie. Johnson cały czas puszcza oko do fanów klasycznych kryminałów, pozwalając sądzić, że z pozoru prosta historia śmierci – zabójstwa? Samobójstwa? A może stary pisarz to żartowniś i wszystko ukartował? – ma drugie albo i trzecie dno. Otwierające sceny przesłuchań członków rodziny, z których każdy w jakiś sposób mataczy, kręci i kłamie, zwiastują wyciąganie na światło dzienne rodzinnych grzeszków. Nieco przypomina to swoją konwencją Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, a wątki obyczajowe dość silnie wybrzmiewają zwłaszcza w pierwszej połowie filmu. Dociekanie, co naprawdę dzieje się w tej rodzinnej pajęczej sieci i kto jest zabójcą pozornie szybko się kończy, dość prędko dowiadujemy się bowiem, co faktycznie zaszło i kto jest za to odpowiedzialny. Ten nietypowy zabieg ma jednak za zadanie jedynie uśpić czujność widza: nastawiamy się bowiem na obserwowanie dochodzenia do znanej już prawdy i co najwyżej, niczym w greckiej tragedii, odczuwamy napięcie związane z nieuchronnością losu dość sympatycznej postaci.

Knives Out screen 2

I kiedy już nam się wydaje, że historia potoczy się dalej w przewidywalny sposób… To znak, że czeka nas jeszcze wiele zaskoczeń. Johnson znów fantastycznie bawi się widzem, a zwrot akcji goni zwrot akcji. Chociaż w retrospekcjach widzieliśmy, co się wydarzyło, to okazuje się, że wielu fragmentów historii wciąż nie znamy i znów można rozpocząć radosne dociekania.

Pewnym mankamentem – choć może to nie tyle niedoróbka, co świadomy wybór reżysera – jest dość szybkie przeniesienie punktu ciężkości z motywów obyczajowych na wątek kryminalny. Plejada gwiazd – Jamie Lee Curtis, Toni Collette czy Don Johnson – ma przez to dość mało czasu antenowego i chociaż każda z ról drugoplanowych to mała perełka, ma się wrażenie, że dałoby się wycisnąć z nich więcej. Praktycznie cały czas ekranowy pożera duet Ana de Armas – David Craig i chociaż kubańska gwiazdka wypadła świetnie w niełatwej roli (dawno nie przeżywałem tylu emocji wraz z postacią!), to Mr Bond lekko przeszarżował. Być może to kwestia nie do końca dobrze napisanej roli, ale brakowało nieco pewności i konsekwencji w odgrywaniu superinteligentnego Sherlocka Holmesa. Z kolei idealnie skrojoną postać otrzymał Chris Evans, a jego ekranowe konfrontacje z Craigiem wypadły fantastycznie.

Knives Out screen 3

Najwyższej klasy aktorstwo, zabawa konwencją, nieustanne zwroty akcji i sprawne dolewanie oliwy do ognia, gdy tempo wydawało się opadać – to wszystko składa się na świetny obraz rozrywkowy, który przemyca nienachalnie parę głębszych wątków. Nie tego się spodziewałem, ale i tak było niezwykle smacznie.

Recenzja: Spring Breakers (2012)

Recenzja: Spring Breakers (2012)

Kolega mówi ci: Widziałem świetny, głęboki film i szczerze go polecam! Ale żeby zrozumieć ten film, musisz mieć przynajmniej 100 IQ.



Myślisz Okay, sprawdzę. Odpalasz film i... pierwsze sceny to fragmenty świetnej zabawy na plaży, gdzie (pół)nagie niewiasty prężą się w promieniach słońca, gdzie alkohol jest używany zamiast kremu przeciwsłonecznego i zaczynasz zastanawiać się, czy aby na pewno dobrze zrozumiałeś znaczenie słowa głęboki i czy nie chodzi o jakiś ciemny otwór w ludzkim ciele. 

Potem przypominasz sobie, że Prima Aprilis już było kilka dni temu, a kolega nie jest tego typu żartownisiem, internet też nie traktuje tego filmu jak pełnometrażowego pornosa, więc może jednak coś jest na rzeczy. Odrobina pomyślunku i stwierdzasz: no tak! Przecież ten film to obraz dekadenckiej młodzieży, która nie ma w życiu celu innego niż pogoń za przyjemnościami. A potem film znowu daje ci w nos i mówi: O nie, to nie jest takie proste, po prostu oglądaj dalej. No i oglądasz dalej. I zaczynasz czuć się zagubiony, bo naprawdę przestajesz wiedzieć, o co tu tak naprawdę chodzi, wszystko dzieje się dokładnie nie tak jak powinno, a każda próba zrozumienia fabuły i wyciągania racjonalnych wniosków rozpada się jak domek z kart. Ale oglądasz dalej, bo chcesz w końcu wiedzieć, o co tu, do cholery, chodzi. 

Pełno tu półnagich ludzi, niebezpiecznych ludzi, broni, brudnych pieniędzy, muzyki Britney Spears i kiczu. Całość rozkręca się powoli, powiedziałabym nawet, że do końca film nie rozwinął się porządnie. Jeśli oczekujesz, drogi widzu, intensywnych wrażeń sensorycznych i skoków adrenaliny, to możesz się rozczarować i oprócz wspomnianego wcześniej zagubienia poczuć się tylko zbulwersowanym. Ale hej, to jest właśnie ten moment, gdzie włączasz empatię i starasz się pojąć motywacje kierujące postaciami, a jeśli oglądałeś film uważnie, bardzo łatwo przyjdzie ci zrozumienie, jak to się stało, że stało się tak jak się stało. 

Spring Breakers cast

Po skończonym seansie dochodzi do ciebie, że to co właśnie zobaczyłeś, to w zasadzie nie jest tragiczny film o złych wyborach życiowych, sprzedawany w ładnych opakowaniach w postaci półnagich dziewcząt, ale jednak coś więcej. 

Rozwiązania wykorzystywane w tej produkcji zmuszą cię do zastanowienia się, czy aby na pewno nie oglądamy świata przez czarno-białe okulary. Nie wszystko na świecie wydaje się być takie proste, a stereotypy wpojone nam przez społeczne dogmaty, mające uczynić funkcjonowanie w rzeczywistości łatwiejszym, tak naprawdę zniekształcają nam cały obraz. Ja nie winię bohaterek filmu za decyzje, które podjęły, wszak co jest gorszego niż emocjonalna pustka i bezpowrotnie utracone prawdziwe szczęście? A czy ty będziesz je winić? 

Spring Breakers pogrywa sobie z widzem tak, że masz ochotę przywalić scenarzystom, ale potem orientujesz się, że to oni, a nie ty mają kupę broni i żadnych skrupułów, więc po prostu siedzisz i oglądasz. Jeśli w porę uświadomisz sobie, że zawsze jesteś krok do tyłu, będziesz przeżywał niemałą radość oglądając to filmowe arcydzieło trollingu.

Copyright © InventoryFull , Blogger